Turystyka

Turystyka survivalowa – a co to takiego?


Ile razy można przyjeżdżać do Ustki, zamawiać smażonego dorsza i jeść go w trwodze, drżąc przed paragonem grozy? Ile razy można dreptać w górę i w dół po Krupówkach, albo po raz enty obchodzić krakowski rynek? Jeśli zadajecie sobie podobne pytania i szukacie adrenalinogennego wyzwania, turystyka survivalowa jest właśnie dla Was. A czym ona właściwie jest?

Weekend pod gwiazdami

Odpowiadając na powyższe pytanie, aż chciałoby się napisać, że turystyka survivalowa łączy przyjemne (wypad za miasto) z pożytecznym (np. z nauką technik bushcraftowych). Taka odpowiedź nie będzie jednak poprawna, a przynajmniej nie będzie taką zawsze. Dlaczego? A dlatego, że survival potrafi być naprawdę nieprzyjemny i  dać człowiekowi zdrowo w kość.

Co mam na myśli? Otóż wyobraźcie sobie, że lądujecie gdzieś w środku lasu, macie tam przeżyć trzy doby, a do dyspozycji dostajecie wyłącznie podstawowe akcesoria turystycznetarp, śpiwór, karimatę, nóż, krzesiwo, jakiś mały garnek, kompas i kilka podobnych utensyliów (jeśli chcecie uzupełnić swój survivalowy ekwipunek, zajrzyjcie na combat.pl). Tych kilka drobiazgów musi Wam wystarczyć. Używając ich musicie rozpalić ogień, osłonić się przed wiatrem i deszczem, znaleźć coś do jedzenia, upichcić strawę, uzdatnić pozyskaną wodę itp. A to dopiero początek.

sprzęt survivalowy
Zdjęcie: materiał partnera

W kolejnych dniach czeka Was nauka nawigacji, czytania mapy, wyznaczania azymutów, sygnalizacji, pierwszej pomocy. A jeśli wybraliście coś o bardziej militarnym charakterze, to i nocne marsze, zgłębianie sztuki kamuflażu, skryte przemieszczanie się i gubienie pościgu. Do tego na przykład nauka wspinaczki, pokonywanie przeszkód wodnych i „bytowanie w terenie przygodnym”, czyli byle gdzie. Słowem, turystyka survivalowa to takie harcerstwo, tylko dla trochę starszych, znudzonych mieszczuchów. Ale czy to źle? Osobiście uważam, że bynajmniej.

Poznaj samego siebie  

Taki survivalowy wypad ma i tę zaletę, że pozwoli Wam przekonać się, jak działacie w okolicznościach nieco odmiennych, bardziej ekstremalnych, niż te codzienne, dobrze znane, kapciuszkowo-salonowe i bezpieczne. Wyobraźcie sobie, że już drugi dzień nie mieliście w ustach ciepłej strawy, żołądek skręcił się w supeł, nogi bolą, plecak wpija się w barki, przemoczone ciuchy śmierdzą potem. A przed Wami jeszcze szmat drogi. Szlak prowadzi dnem głębokiego jaru, ziemia jest wilgotna, grząska, idzie się ciężko, pełno wiatrołomów i wykrotów. Z każdym krokiem dźwigane na grzbiecie kilogramy ważą więcej i więcej. Ale iść trzeba. Bo kto nie maszeruje, ten ginie.

Ktoś może teraz zapytać, a po cholerę się tak męczyć? Czy nie przyjemniej jest usiąść z zimnym piwem przed 50-calowym ekranem i obejrzeć, jak Bayern ogrywa Chelsea, chrupiąc przy tym radośnie nachosy z salsą? Może i przyjemniej, ale takie siedzenie przed telewizornią nie pozwoli nam sprawdzić, jak reagujemy na stres i głód. Wielki Samsung Ultra Full HD nie powie, czy uda nam się przezwyciężyć zmęczenie i dojść do celu. Na jego gładkiej powierzchni nie pojawi się odpowiedź na pytanie, czy w sytuacji ekstremalnej będziemy raczej pomagać innym, czy dbać o własną skórę. A takie rzeczy warto wiedzieć.

Jeśli więc chcecie nieco lepiej poznać samych siebie, zainteresujcie się turystyką survivalową. Tam, w kontrolowanych rzecz jasna warunkach, będziecie mogli dowiedzieć się tego i owego o własnych charakterach. Tym, którzy chcą uzupełnić sprzęt raz jeszcze przypominam, że na combat.pl znajdą go całkiem sporo.

Do zobaczenia gdzieś w dziczy!

comments icon0 komentarzy
0 komentarze
22 wyświetlenia
bookmark icon

Napisz komentarz…

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.